Aktualności

Jan Waszkiewicz – symbol Dolnego Śląska

publikacja / 26-03-2021
banner

Zmarły 25 marca w wieku 76 lat Profesor Jan Waszkiewicz był mentorem kilku pokoleń i nauczycielem postaw. Wielu zapamiętało Jego żartobliwą ocenę przemian i początku reform gospodarczych w Polsce w latach 90. XX wieku: „Od Karola Marksa do Karola Dickensa”. Był mistrzem analizy. Mawiał o sobie, że nie był ani wybitnym matematykiem, ani wybitnym politykiem, którym został jakby wbrew samemu sobie. To jedna z najważniejszych osobowości Wrocławia i Dolnego Śląska, symbol naszego województwa. Kilka chwil po informacji o Jego śmierci Aleksander Gleichgewicht powiedział: „Żeby zrozumieć Janka, trzeba sięgnąć do jego wspomnień z przełomu lat 60. i 70. XX wieku”. W zbiorach Ośrodka „Pamięć i Przyszłość” takie wspomnienia, na szczęście, posiadamy.

Przyjaźniący się z Janem Waszkiewiczem Aleksander Gleichgewicht zaraz po śmierci przyjaciela stwierdził: „Gdyby ktoś poprzestał tylko na srogim wzroku niebieskich oczu Janka, mógłby odnieść fałszywe wrażenie, że ma przed sobą człowieka despotycznego i stanowczego, a było diametralnie inaczej. Po chwili rozmowy Jan skracał dystans, stawał się kolegą, kompanem, opowiadaczem, osobowością o niespotykanym poczuciu humoru i autoironii”. Być może była to zasługa naukowego mistrza, czyli Bolesława Gleichgewichta, dla którego już 17-letni Janek, student matematyki, stał się partnerem nie tylko matematycznych dysput i analiz. Ich długie spacery i wielogodzinne rozmowy w parku Szczytnickim przy ul. Mikołaja Kopernika stały się legendarne. Po latach Jan Waszkiewicz wspominał: „Odpalając papieros od papierosa, wciągał nas w opowieści niczym on sam dym palonych papierosów”.

Jan Waszkiewicz pochodził z Kielc, gdzie urodził się 24 czerwca 1944 roku. Miejsce urodzenia stanowiło odniesienie wielu życiowych epizodów i wspomnień. Pamiętał opowiadane przez przyjaciela rodziców wątki z AK-owskiej partyzantki. Pamiętał tragizm pogromu żydowskiego, który został mu przypomniany przez „moczarowskiego ubeka” podczas przesłuchania na początku lat 70. XX wieku, gdy ten rzekomo w duchu patriotyzmu chciał go przekonać, że „prawdziwi Polacy” z Kielc muszą budować prawdziwą narodową Polskę.

Jan Waszkiewicz z autentyczną autoironią wspominał, że na początku, w czasach dzieciństwa, był zwolennikiem przemian ustrojowych, gdyż najpiękniejsze kolorowe książki i bajki można było kupić w księgarni radzieckiej, a w bajkach Stalin był „dobrym wujkiem”. Gdy oznajmiał to w domu, nie dostrzegał rodzicielskiego sprzeciwu. Żartobliwie wspominał, że marksizm i leninizm zbrzydły Mu jednak szybko, gdyż ojciec – ucząc się na pamięć tez tej ideologii do egzaminu – prosił syna, by ten wysłuchiwał wyuczonych bredni i wyłapywał luki w pamięci.

Jan Waszkiewicz był mistrzem ironii, żartobliwych porównań i opowieści. Być może zdolność słownej narracji wykształcił w czasach harcerstwa. Po 1956 roku zapisał się do odrodzonego harcerstwa i wstąpił do drużyny wodniackiej. Choć żeglowanie nie było Jego największą pasją, to już opowieści o harcerzach z powstania warszawskiego zdecydowanie tak.

Dla młodego Janka szkoła średnia była nauczycielką życiowych postaw. Edukację rozpoczął wcześniej niż rówieśnicy. Jeśli wgłębimy się w Jego życiorys, to dojdziemy do wniosku, że zawsze był umiarkowanym anarchistą. On sam zwykle mówił, że jest konserwatywnym anarchistą, bo chodzi do kościoła, ale nie ideologicznie. Przyjaciel Jego rodziców, niedoszły inżynier Politechniki Lwowskiej, wpoił Mu na początku dorosłego życia ciekawą maksymę: „Warto działać na krzywy ryj: nie musisz mieć papierów szkół wyższych, ważne, żebyś miał rację!”.

Ta anarchistyczność postawy dawała Janowi szansę inteligentnego ośmieszania systemu. Uważał, że człowiek z pomysłem na życie umie oszukać komunę. Nie znaczy to, że lekceważył zbrodniczość systemu komunistycznego, ale miał do niego dystans. Potrafił przyznać się do błędów i szantażu służby bezpieczeństwa, bo nie zawsze potrafił z nią wygrywać. Jego teczka w IPN jest ważnym źródłem historycznej analizy. O wszystkich swoich losach opowiadał uczciwie, bez przesadnej bohaterszczyzny i koloryzowania.

Studiował matematykę na Uniwersytecie Wrocławskim, a następnie doktoryzował się z matematyki w Polskiej Akademii Nauk, a habilitował z filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z rozbawieniem wspominał, że na studiach powołał Koło Naukowe Matematyków, które według socjalistycznego związku studentów było najlepsze w kraju. Ten sukces wykorzystał wręcz perfekcyjnie, wystawiając sobie „okrężną delegację”, która pozwoliła Mu za organizacyjne pieniądze podróżować po kraju od wschodu do zachodu, z północy na południe i na około, przez wiele miesięcy. Jak wspominał, był studentem matematyki w delegacyjnej podróży. O swoich studiach mówił, że spotykał się z osobowościami z górnej półki intelektu. Miał wśród kolegów polskiego Żyda z Odessy, Rosjanina z Leningradu i Wietnamczyka, który nienawidził Ho Szi Minha.

We wspomnieniach złożonych w ubiegłym roku w Centrum Historii Zajezdnia Jan Waszkiewicz pozostawił fantastyczną analizę społeczną końca lat 60. XX wieku. Jest to analiza widziana oczyma młodego uczonego, który zręcznie analizuje i dostrzega niuanse. Jest więc wojna izraelsko-egipska, są fantastyczne opowieści o prof. Kazimierzu Urbaniku, który – będąc osobą partyjną – przynosił wieści z obrad aktywu szkoły oficerskiej we Wrocławiu, gdzie zachwycano się sukcesami wojennymi Izraela, a wśród zwycięskich generałów wyszukiwano niegdysiejszych kolegów ze służby. Jan Waszkiewicz dla określenia tej atmosfery użył ciekawego określenia: „Po raz pierwszy w naszej historii polski antysowietyzm wygrał z polskim antysemityzmem”. Była to jednak tylko chwila, bo potem był gomułkowski i moczarowski nacjonalizm. Jest też dostrzeżenie wojny radziecko-chińskiej i chwilowy zachwyt nad towarzyszem Mao. W analizie tamtego okresu Jan Waszkiewicz doceniał wpływ Praskiej Wiosny. Nawet pół wieku po hańbiącej interwencji w Czechosłowacji w Jego opowieści słychać niesamowite wzruszenie i wzburzenie opowieścią o słuchaniu czeskiego radia, które nagle przestaje nadawać, a potem słychać w nim głos żołnierza mówiącego, że radiostacja została zdobyta. „Cała Polska czeka na swojego Dubczeka” było według Jana Waszkiewicza naturalnym pragnieniem Jego pokolenia i jak mówił, warszawskie „Dziady” były tylko zapalnikiem.

Wydarzenia marcowe 1968 roku były dla Jana Waszkiewicza bardzo ważne. Nie był ich formalnym uczestnikiem, bo nie był już studentem, ale towarzyszył studentom, starał się ich inspirować i rozmawiał z nimi. To w tamtych dniach poznał Kornela Morawieckiego i to wtedy nawiązała się ich przyjaźń i polityczna wspólna droga w opozycji, a potem w wolnej Polsce. Jan Waszkiewicz dostrzegał tragizm Marca ’68 i różnice postaw na wrocławskich uczelniach: Uniwersytecie i Politechnice. Uważał, ze bohaterem tamtych dni był przede wszystkim profesor matematyki Stanisław Hartman.

Jan Waszkiewicz miał jeszcze jedną okazję spojrzenia na wypadki z 1968 roku – mógł patrzeć z perspektywy Europy Zachodniej. Pod koniec lat 60. XX wieku wyjechał na kilka miesięcy do Anglii. Tam przypadek sprawił, że znalazł się w centrum ruchu anarchistycznego. Początkowo spotykał się z Moshe Machowerem – izraelskim komunizującym matematykiem antysyjonistą, który wsławił się tezą, że powstanie państwa palestyńskiego jest możliwe dopiero wówczas, gdy nastąpi sojusz robotniczy palestyńsko-izraelski do walki z imperializmem. Z punktu historycznego był to fascynujący epizod życia, z czego sam Jan Waszkiewicz doskonale zdawał sobie sprawę. Rozmawiał i dyskutował z Rudim Dutschke – politycznym spadkobiercą Róży Luksemburg i kimś w rodzaju twórcy teologii wyzwolenia. Ideologicznie i rzeczywiście (w drzwiach) minął się z Urliką Meinhof, która w kontrze do Rudiego wolała krwawy terrorystyczny anarchizm. Był świadkiem rodzenia się przejścia myśli anarchistycznej studentów pokolenia 1968 roku do „długiego marszu przez instytucje”. Echa tej refleksji można usłyszeć w haśle Jacka Kuronia: „Nie palcie komitetów, lecz je zakładajcie”. Paradoksem historii był fakt, że tworzona, wbrew zresztą doktrynie anarchistycznej, ta lewacka angielska partia nosiła nazwę „Solidarity”. Jan Waszkiewicz wspominał: „Moja polska »Solidarność« właśnie taka była – ideowa, masowa, antysystemowa, była jak ta angielska »miodem na moje anarchistyczne serce«”.

Jan Waszkiewicz nie lubił instytucji państwa, nie lubił regulacji, lubił natomiast spontaniczność. Mówił o sobie, że nie pała chęcią do porządkowania i szufladkowania czegokolwiek. To dlatego w latach 70. XX wieku stał się jednym z pionierów szkolnictwa eksperymentalnego we Wrocławiu. Jako matematyk związany był nie tylko z Uniwersytetem Wrocławskim, ale także z Politechniką Wrocławską, a później także innymi wrocławskimi uczelniami. Historia Jego życia jest przebogata, warta wielu analiz i dociekań, był przecież uczestnikiem wielu ważnych, kluczowych wydarzeń. Działał w opozycji antykomunistycznej, był m.in. współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników i Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Jako redaktor naczelny redagował „Biuletyn Dolnośląski”. Do „Solidarności” wstąpił w 1980 roku i szybko awansował w jej hierarchii, już w 1981 roku wchodząc do ścisłego kierownictwa krajowego. W stanie wojennym podobnie, jak wielu innych działaczy, musiał się ukrywać. Początkowo był przeciwnikiem Okrągłego Stołu, wszedł jednak w skład Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Należał m.in. do Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a potem do Akcji Wyborczej Solidarność.

Przez wiele lat do końca życia aktywnie działał na rzecz samorządu. W latach 1995–1998 był zastępcą dyrektora Biura Rozwoju Wrocławia, które współorganizował. Później z ramienia AWS sprawował mandat radnego sejmiku dolnośląskiego. Zapamiętamy Go jako pierwszego marszałka nowo utworzonego województwa dolnośląskiego. Swoje obowiązki pełnił od 1 stycznia 1999 roku do 2001 roku. To On był twórcą samorządu województwa, organizatorem Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego, a także inicjatorem i współautorem pierwszych strategii rozwoju miasta i regionu. Był też jednym z inicjatorów powołania do życia Dolnośląskiego Forum Politycznego i Gospodarczego w Krzyżowej.

Ostatni raz spotkaliśmy się w Centrum Historii Zajezdnia w sierpniu ubiegłego roku podczas obchodów 40-lecia „Solidarności”. W długich rozmowach wspominał z nami klimat sierpniowych dni 1980 roku w zajezdni autobusowej przy ulicy Grabiszyńskiej. Był jednym z bohaterów tego miejsca. Jego sylwetka – prezentowana na wystawie „Zajezdnia Strajkuje” w nieco kowbojskim stylu – oddaje Jego naturę: człowieka pełnego pasji i odważnego. Jeszcze często będziemy o Nim pisać.

Bez Niego zarówno Wrocław, jak i Dolny Śląsk będą uboższe…

dr Marek Mutor
dyrektor
Centrum Historii Zajezdnia

współpraca Paweł Skrzywanek